Komentarze Jacka Maliszewskiego, Głównego Ekonomisty Alpha Financial Services Sp. z o.o.
Jacek Maliszewski
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
wtorek, 07 kwietnia 2009

Jesteśmy świadkami gry na rynku Złotego, którą od pewnego czasu (od początku roku) toczą ze sobą najwięksi uczestnicy rynku. Wcześniej gra toczyła się do jednej bramki - wszystkim zależało na tym, by Złotego osłabić.

Dziś działania największych graczy uległy wyraźnej polaryzacji. Jedni nadal starają się wszelkimi sposobami osłabić Złotego (głównie są to posiadacze resztek opcji CALL kupionych od polskich eksporterów - ta grupa uczestników rynku tworzy różnego rodzaju opracowania analityczne wieszczące upadek Polski i wzrost kursu Euro w okolice 5,20), podczas gdy druga, przeciwna grupa uczestników rynku stara się Złotego wzmocnić (niedawni nabywcy polskich akcji oraz obligacji, którym zależy na tym, by ich nowo rozpoczęte inwestycje zaczęły przynosić systematyczne zyski).

Stopniowo przewagę zdobywają gracze grający na umocnienie naszej waluty krajowej. Stopniowo też pomniejsza się grono tych, którzy grają na osłabienie Złotego. Gracze tacy przechodzą na drugą stronę i wzmacniają grupę inwestorów wspierających Złotego.

Ale taka względna równowaga może mieć miejsce jeszcze do lipca. Wtedy to zdecydowana większość pozostałych w obrocie opcji CALL na Euro-Złoty oraz na Dolar-Złoty ulegnie ostatecznemu rozliczeniu. Tylko nieliczne transakcje przejdą na kolejny rok. Niewielu więc będzie zainteresowanych tym, by Złoty nadal się osłabiał. Zaś coraz więcej będzie tych, którzy będą chcieli zarobić na spadku kursu Eur/Pln.

Warto jeszcze zwrócić uwagę na krytyczne głosy dochodzące ze strony EBC, a dotyczące szybkiego wejścia Polski do Strefy Euro. EBC sugeruje, by poczekać na uspokojenie na rynkach finansowych i dopiero wtedy wstąpić do ERM II. Taką sugestię można jednak też czytać w ten sposób: „Poczekajcie, aż Złoty umocni się o kilkadziesiąt procent i dopiero wtedy przystąpcie do ERM II. Nie potrzebujemy w naszym kręgu słabej polskiej waluty. Przyjmiemy was dopiero wtedy, gdy wasza waluta będzie znowu silna”.

Słaby Złoty wypiera bowiem towary i usługi oferowane przez Niemców i Francuzów (w główniej mierze to z tego kręgu pochodzą naciski na EBC, by nie wpuścić Polski do ERM II przy tak słabym Złotym). Gdy Złoty był silny, ECB ponaglało nas byśmy szybko wstąpili do ERM II. Dziś najwyraźniej gra jest na zwłokę.

Przypuszczam więc, iż do ERM II wejdziemy (a raczej zostaniemy dopuszczeni) dopiero wtedy, gdy kurs Eur/Pln spadnie poniżej 4,00. Przy 15% paśmie dopuszczalnych wahań dałoby to rozpiętość 3,40-4,60.
Być może się mylę. Ale takie właśnie odnoszę wrażenie, iż dziś nie na rękę byłoby czołowym krajom Unijnym, by Polska związała się sztywnym kursem z Euro przy obecnych poziomach notowań.

14:20, jacek.maliszewski
Link Komentarze (10) »
wtorek, 13 stycznia 2009

Witam po dłuższej przerwie.

W lipcu ubiegłego roku w pierwszym wpisie na blogu zasygnalizowałem, iż jeśli tylko pojawi się dobra okazja do przewalutowania istniejącego (lub zaciągnięcia nowego) kredytu hipotecznego w Złotych na kredyt denominowany w Euro, wrócę do tego tematu. Od tego czasu upłynęło 6 miesięcy i oto pojawiła się w mojej opinii dobra okazja do tego, by samodzielnie przewalutować kredyty hipoteczne na Euro. Lepiej to zrobić samemu, niż zdać się na łaskę losu, który zadecyduje za nas za 4-5 lat, gdy w swoich portfelach zastępować będziemy Złotego wspólną walutą europejską.

Jeśli taki kredyt uda się przewalutować po kursie 4,00 lub wyższym, powinniśmy być zadowoleni. Jest bowiem spora szansa na to, by w chwili wejścia Polski do strefy Euro kurs Euro-Złoty był niższy niż wspomniane 4,00. 

Przykładowo jeśli w chwili obecnej wartość kredytu pozostałego do spłaty (kapitał) wynosi 400 tys PLN, to po przewalutowaniu będziemy mieli do spłacenia 100 tys Euro.

 Dla porównania, jeśli ktoś był niecierpliwy i kredyt o wartości 400 tys Złotych przewalutował na Euro w lipcu po kursie 3,10, to w chwili obecnej ma do spłacenia prawie 130 tys Euro - czyli o 30% więcej niż osoby cierpliwie czekające na okazję.

Dziś taka okazja się pojawiła. Ale jak znam życie, to teraz chętnych na wzięcie kredytu w Euro będzie jak na lekarstwo. Tak to zwykle bywa. Gdy rok temu ceny akcji na WGPW szybowały pod niebo - wszyscy pragnęli je kupić. Dziś zaś gdy ceny spadły o ponad 50% chętnych na przeceniony towar brak...

Zapewne zaraz pojawią się głosy krytyki wobec mojej osoby wskazujące, iż namawiam do niebezpiecznej spekulacji. Cóż... niebezpieczna spekulacja miała miejsce w lipcu, kiedy to cały narów ruszył do przewalutowania kredytów z PLN na CHF kuszony niższymi ratami odsetkowymi. Wtedy faktycznie widziałem spore niebezpieczeństwo takiej spekulacji. Dlatego też przestrzegałem przed zaciąganiem kredytów w walutach obcych. Ale dziś sytuacja się zmieniła. cierpliwi dostali w prezencie 30% bufor bezpieczeństwa w porównaniu do tych osób, które się pośpieszyły.

Sam jakiś czas temu rozpocząłem starania o przewalutowanie mojego kredytu hipotecznego na Euro. Okazuje się, że nie jest to takie proste, a cały proces przewalutowania to istna droga przez mękę. Dodatkowym utrudnieniem jest to, iż mój bank wycofał się z udzielania kredytów hipotecznych w Euro, przez co zmuszony jestem podziękować za wieloletnią współpracę i poszukać innego banku, który zechce ubić ze mną interes ;-)

Jeszcze kilka zdań na temat kredytów we Franku. Uważam, iż nie warto brać na siebie dodatkowego ryzyka z tym związanego. Nie ma potrzeby być pazernym. Raty odsetkowe w Euro może nie są tak niskie jak we Franku, ale za to ileż spokoju więcej. Ryzyko zostanie zamknięte za 4-5 lat gdy wchodzić będziemy do strefy Euro. Ci którzy wybiorą kredyt we Franku, jeszcze przez wiele lat będą obserwować z napięciem kurs Chf/Pln, a następnie kurs Eur/Chf.

Jeśli ktoś lubi żyć w stresie, to może nawet zaryzykować kredyt w Yenach japońskich  - tam raty odsetkowe są jeszcze mniejsze. Ja bym jednak tego nie czynił.

Kończąc życzę wszystkim pomyślności w nowym roku 2009.  

 

16:29, jacek.maliszewski
Link Komentarze (38) »
sobota, 06 grudnia 2008

W prasie i telewizji pojawia się coraz więcej szumu informacyjnego związanego z opcjami walutowymi. Dostrzegam kompletny brak zrozumienia tego tematu ze strony redaktorów.

Taki szum informacyjny zamiast wyjaśniać genezę obecnego problemu wprowadza w błąd wszystkich uczestników rynku. Genezę obecnych problemów podałem w poprzednim wpisie pt "Historia pewnego ubezpieczenia - czyli z deszczu pod rynnę".

Poniżej kilka najważniejszy kwestii z tym związanych.

Należy wyraźnie odróżnić pojęcia "zarządzanie ryzykiem" i "spekulacja".

Zarządzanie ryzykiem jest całkowitym przeciwieństwem spekulacji.

Zarządzanie ryzykiem jest eliminowaniem spekulacji.


Zawarcie transakcji forward lub futures - czyli sprzedanie waluty na termin przez eksportera lub kupienie waluty na termin przez importera - NIE JEST SPEKULACJĄ!!!!

Jest dokładnie na odwrót! To właśnie brak zawarcia transakcji terminowej jest spekulacją.

Niezabezpieczony eksporter ma bowiem długą spekulacyjną pozycję walutową. Zarabia gdy kurs waluty rośnie i traci gdy kurs waluty spada.

Niezabezpieczony importer ma krótką spekulacyjną pozycje walutową. Zarabia gdy kurs waluty spada i traci, gdy kurs waluty rośnie.

Jeśli eksporter sprzeda walutę na termin (poprzez zawarcie transakcji forward/futures), której spodziewa się w przyszłości - nie jest to spekulacją. Eksporter taki wie bowiem dokładnie ile Złotych otrzyma ze sprzedaży waluty w przyszłości.

Podobnie importer który kupi walutę na termin (poprzez zawarcie transakcji forward/futures) - nie spekuluje. Importer taki wie bowiem dokładnie ile Złotych wyda na zakup waluty.

Wszystkie niewiadome stają się wiadomymi. Znika cała niepewność. Nie ma ryzyka. Ale też nie ma możliwości zarobienia ekstra na zmianach kursów walut.

Przy transakcji forward/futures firma eksporter nabywa jednocześnie prawo i obowiązek do sprzedania waluty. Jeśli eksporter sprzeda walutę na termin przy kursie 3,85, to jeśli w przyszłości kurs będzie niższy niż 3,85 eksporter będzie miał prawo sprzedać Euro po kursie 3,85. Jeśli zaś w przyszłości kurs będzie wyższy niż 3,85, eksporter będzie miał obowiązek sprzedać Euro po kursie 3,85. Pomimo tego, iż forward w pewnych sytuacjach nakłada na eksportera obowiązek sprzedania waluty - nie jest to transakcja spekulacyjna.

Niestety większość dziennikarzy wyraźnie podkreśla, iż zobowiązanie eksportera do sprzedania w przyszłości waluty JEST SPEKULACJĄ! Jest to oczywiście kompletna bzdura.

Widzimy więc iż kontrakt forward/futures daje jednocześnie prawo i obowiązek. Eksporter, który sprzeda taki kontrakt ma prawo sprzedać Euro po kursie 3,85 jak też obowiązek sprzedać Euro po kursie 3,85. Jeśli rozłożymy taki kontrakt forward/futures na części, przekonamy się, iż składa się on z kupionej opcji PUT 3,85 i wystawionej opcji CALL 3,85 o takich samych nominałach.

Innymi słowy, jeśli w przyszłości kurs Euro będzie poniżej 3,85, eksporter skorzysta z prawa sprzedania Euro po kursie 3,85 - jako posiadacz opcji PUT, czyli posiadacz prawa do sprzedania Euro nie taniej niż po kursie 3,85.

Jeśli zaś w przyszłości kurs Euro będzie powyżej 3,85, eksporter będzie miał obowiązek sprzedaży Euro po kursie 3,85 - będzie musiał wykonać swoje zobowiązanie jako wystawca opcji CALL.

Idąc logiką dziennikarzy mówiących, iż zobowiązanie eksportera do sprzedania waluty jest spekulacją, musielibyśmy uznać, iż kontrakt forward/futures jest instrumentem "z piekła rodem" - jak wyraził się prezes Kongresu i Polskiej Rady Biznesu.

Należałoby wobec tego zmienić wszystkie podręczniki z finansów, w których wyraźnie stwierdza się, iż kontrakty terminowe służą do eliminacji ryzyka kursowego.

Oczywistym jest, że kontrakty forward/futures MOGĄ być wykorzystywane do spekulacji. Podobnie jak nóż MOŻE BYĆ wykorzystany do krojenia chleba, jak też do zadawania ran.

Ze spekulacją mamy do czynienia jedynie wtedy, gdy kontraktów forward/futures używa się w niewłaściwy sposób:

a) Jeśli eksporter otwiera długie pozycje (kupuje kontakty forward/futures), czyli kupuje walutę na termin - SPEKULACJA bardzo niebezpieczna
b) Jeśli eksporter pozbywa się wcześniej zawartych kontraktów futures (zamyka z zyskiem lub ze stratą krótkie pozycje forward/futures nie dostarczając waluty) - SPEKULACJA niebezpieczna
c) Jeśli eksporter sprzedaje kontrakty forward/futures o wartości przekraczającej spodziewany przychód eksportowy - SPEKULACJA umiarkowana.

Kolejny mit - wystawianie opcji CALL jest spekulacją.


Jest to oczywista nieprawda! Spekulacją dla eksportera jest brak zabezpieczenia przed spadkiem kursu waluty, nie zaś zobowiązanie do sprzedania waluty, której się spodziewamy.

Prawdą jest jednak, iż jeśli eksporter wystawia jedynie opcje CALL nie kupując opcji PUT - to jest to spekulacja. Ale spekulacja ta odnosi się nie do wystawionych opcji CALL, lecz braku zakupu opcji PUT.

Jeśli eksporter wystawia opcje CALL i za otrzymaną premię kupuje opcje PUT, to tak jakby zawarł transakcję typu forward/futures. Czyli eksporter taki nabywa prawo i jednocześnie wystawia zobowiązanie o takim samym nominale. Prawo i zobowiązanie może mieć jednak inny kurs wykonania.

Przy kontrakcie forward/futures prawo i zobowiązanie mają te same kursy wykonania - na przykład kurs 3,85.

Możliwe jest jednak inne połączenie prawa i zobowiązania. Przykładem może być korytarz. Polega on na kupnie opcji PUT 3,70 (opcja ta daje prawo do sprzedania Euro po kursie nie niższym niż 3,70) z jednoczesnym wystawieniem opcji CALL 4,00 (opcja ta nakłada obowiązek sprzedania Euro nie drożej niż 4,00).

W przedziale pomiędzy 3,70-4,00 eksporter taki nie ma żadnych praw ani obowiązków. Można więc powiedzieć, iż korytarz jest o wiele wygodniejszy dla eksportera niż kontrakt forward/futures - gdyż tam prawo i obowiązek zaczynają działać od razu po zawarciu transakcji. W korytarzu zaś mamy swobodę działania w określonym przedziale - na przykład w przedziale 3,70-4,00. Można więc uznać, iż forward/futures jest korytarzem o zerowej szerokości i jest mniej elastyczny niż korytarz.

Spekulacją zaś byłby korytarz, który przykładowo wyłączyłby się po spadku kursu Euro do poziomu 3,50. Czyli gdyby eksporter zastosował opcje barierowe, które wyłączają zabezpieczenie po mocnym spadku kursu waluty. Eksporter poniósłby wtedy stratę. Jego ubezpieczenie przestałoby istnieć i eksporter nie miałby ochrony przed spadkiem kursu Euro poniżej 3,70.

Innym typem spekulacji jest, gdy eksporter wystawia opcje CALL o nominale większym niż nominał kupionych opcji PUT.

Czyli przykładowo jeśli eksporter zabezpiecza się przed spadkiem kursu na nominał 1 milion Euro i jednocześnie zobowiązuje się do sprzedania 2 milionów Euro. Strategia 1:2 jest więc spekulacją. Jednak stosowana z umiarem - przykładowo stosowana raz-dwa razy w roku dla jedno-miesięcznego przychodu z eksportu nie wyrządzi dużej szkody.

W takiej sytuacji bowiem eksporter, który zabezpieczy jedno-miesięczny przychód z eksportu, będzie miał jednocześnie zobowiązanie do sprzedania przychodów z dwóch miesięcy w przyszłości.

Gorzej gdy eksporter zabezpieczy w ten sposób cały swój roczny eksport zobowiązując się do sprzedania dwa razy więcej waluty - czyli zobowiąże się do sprzedania eksportu spodziewanego w okresie dwóch lat. Taka transakcja może wyrządzić znaczną szkodę.

Tragicznie zaś może skończyć się spekulacja, w której eksporter ubezpiecza przed spadkiem kursu nominał 1 milion Euro i w zamian zobowiązuje się do sprzedania 8 milionów Euro - czyli stosuje strategię 1:8! Rekordziści stosowali strategie 1:36 (sic!!). Czyli aby zabezpieczyć się przed spadkiem kursu Euro o nominale 1 milion Euro wystawiali zobowiązanie do sprzedania 36-krotnie więcej Euro.

To właśnie tego typu strategie oferowały niektóre banki. To właśnie te strategie mogą doprowadzić do bankructwa tysiące firm, o których wspomina prezes Kongresu i Polskiej Rady Biznesu.

Źle się stało, iż tradycyjne, konserwatywne, naturalne strategie zabezpieczające zostały wrzucone do jednego worka ze strategiami spekulacyjnymi wykorzystującymi egzotyczne opcje barierowe.

Podsumowując:

1. Spekulacja ma miejsce wtedy, gdy eksporter (lub importer) nie zabezpieczy swojego przyszłego przychodu walutowego (lub rozchodu walutowego).

2. Spekulacja ma miejsce wtedy, gdy eksporter nie ubezpieczy się przed spadkiem kursu waluty, a importer nie zabezpieczy się przed wzrostem kursu waluty.

3. Spekulacją jest gdy eksporter wykupi takie ubezpieczenie, które chroni go przed małym spadkiem kursu waluty, lecz nie chroni go przed mocnym spadkiem kursu waluty. To tak jakby auto-casco nie chroniło przed kradzieżą lub całkowitym zniszczeniem samochodu, lecz jedynie chroniło przed drobnymi stłuczkami - opcje barierowe!

4. Spekulacją jest, jeśli eksporter kupuje walutę lub zawiera transakcje terminowe przeznaczone dla importera (kupuje kontrakty futures/forward, wystawia opcje PUT, kupuje opcje CALL).

5. Spekulacją jest gdy eksporter zobowiązuje się do sprzedania waluty (sprzedaje kontrakty futures/forward lub wystawia opcje CALL) na nominał przekraczający roczne przychody eksportowe. Wyjątkiem od tej reguły jest sytuacja, gdy eksporter podpisuje z zagranicznym odbiorcą kilkuletni kontrakt handlowy (na przykład budowa statku, budowa samolotu, itp).

6. Spekulacją jest gdy eksporter zawiera transakcje w których zabezpiecza przed spadkiem kursu mały nominał waluty i jednocześnie zobowiązuje się sprzedawać duży nominał waluty - strategia 1:8.

7. Nie jest spekulacją jeśli eksporter zawrze transakcję forward/futures która zabezpiecza spodziewany przychód eksportowy.

8. Nie jest spekulacją jeśli eksporter zawrze transakcję typu korytarz - czyli kupi opcje PUT i wystawi opcje CALL o takim samym nominale. Ważne by nominał takich transakcji nie przekraczał rocznych przychodów eksportowych. Ważne też, by korytarz taki był szeroki. Zasadą jest, iż im większy nominał zabezpieczamy, tym szerszy powinien być korytarz. Przykładowo przychody eksportowe spodziewane w ciągu 1-3 miesięcy zabezpieczamy forwardem/futures (czyli korytarzem o zerowej szerokości), przychody spodziewane w ciągu 4-6 miesięcy zabezpieczamy korytarzem o 30 groszowej szerokości, zaś przychody spodziewane w ciągu 7-12 miesięcy zabezpieczamy korytarzem o szerokości przynajmniej 30 groszy.

Mam nadzieję, iż teraz wszystko będzie bardziej zrozumiałe.

13:33, jacek.maliszewski
Link Komentarze (19) »
wtorek, 25 listopada 2008

Po dłuższej przerwie znalazłem troszkę wolnego czasu na dopisanie nowego komentarza na swoim blogu. Tego czasu mam ostatnio coraz mniej. Wszyscy dookoła odczuwają skutki nadchodzącego spowolnienia gospodarczego, podczas gdy moja firma ma teraz istne żniwa.

Skąd te żniwa? Przyczyną jest nagły popyt na usługi doradcze ze strony firm, które popadły w tarapaty. Cóż to za tarapaty? Opowiem historię z życia wziętą, która będzie odpowiedzią na to pytanie.

 

"Z deszczu pod rynnę"

Jest jesień 2007 roku. Kurs Euro-Złoty wynosi 3,87. Eksporterzy tradycyjnie już zabezpieczają swoje przyszłoroczne plany finansowe (czyli przychody spodziewane w roku 2008) korytarzem 3,74-4,00.

Niestety jeden z eksporterów postanowił przeprowadzić eksperyment doświadczalny z nowymi typami zabezpieczeń - wykorzystującymi opcje barierowe. Klasyczne forwardy i zwykłe opcje waniliowe stają się bowiem nudnym przeżytkiem. Opcje barierowe zaś dostarczają dodatkowej adrenaliny.

Eksporter zabezpiecza swoje roczne przychody spodziewane w roku 2008 takimi właśnie opcjami. Kupuje więc opcje PUT z ceną wykonania 3,74, które są o 25% tańsze niż klasyczne opcje waniliowe. Zamiast więc płacić 4 grosze, płaci tylko 3 grosze zaoszczędzając "znaczną" sumę pieniędzy.

Opcje te mająa jednak jeden jedyny feler - przestają zabezpieczać przed spadkiem, gdy kurs Euro spada poniżej 3,50, czyli poniżej bariery wyłączającej. To tak, jakby wykupione auto-casco przestało działać w razie kradzieży samochodu, lub w razie doszczętnego zniszczenia pojazdu powstałego w wyniku kolizji.

Eksporter spodziewając się, iż w roku 2008 uzyska przychody ze sprzedaży o wartości 10 mln Euro przyjął w swym budżecie przychodów/kosztów, iż po sprzedaniu Euro po kursie 3,74 uzyska 37,4 mln PLN. Eksporter zaplanował więc koszty (fundusz płac, remonty, szkolenia, podróże, itp) na poziomie 35 mln PLN chcąc, by rok zakończył się nadwyżką przychodów nad kosztami o wartości 2,4 mln PLN.

Nadchodzi jednak marzec 2008 i kurs Euro spada poniżej 3,50. Zabezpieczenie kursu przestaje istnieć - znika. Eksporter pozostaje z problemem. Aby móc pokryć zaplanowane koszty musi sprzedawać Euro przynajmniej po kursie 3,50. Przy takim bowiem kursie koszty zrównują się z przychodami. O wypracowaniu zysku rocznego eksporter już nie myśli. Teraz jego zmartwieniem staje się to, by nie wykazać straty operacyjnej.

Musie za wszelką cenę sprzedać Euro z przyszłych przychodów po kursie 3,50. A kurs spada, spada, spada ... Wreszcie przy kursie 3,30 eksporter zaczyna się załamywać.

I tutaj w sukurs przychodzi bank-zbawiciel! Bank informuje strapionego eksportera, iż nie ma żadnego problemu. Przecież może sprzedać Euro po kursie 3,50 (w chwili gdy Euro kosztuje tylko 3,30) wykorzystując fantastyczną transakcję złożoną z opcji barierowych.

Eksporter nauczony przykrym doświadczeniem sceptycznie patrzy na tego typu rozwiązania. Ale po wielu namowach ze strony przedstawiciela banku decyduje się takie zabezpieczenie przeprowadzić. Można tutaj użyć startego powiedzenia "tonący brzytwy się chwyta".

Eksporter zawiera więc transakcję polegającą na tym, iż sprzeda po kursie 3,50 6 mln Euro (tyle Euro pozostało do sprzedania do końca roku z puli 10 mln Euro planowanych wcześniej) w trzech miesięcznych transakcjach - każda po 2 mln Euro.

Aby móc sprzedać Euro 20 groszy drożej niż bieżący kurs waluty, eksporter musi jedynie wystawić "troszkę" opcji CALL, czyli ubezpieczyć bank przed wzrostem kursu Eur/Pln. Okazuje sie, iż aby eksporter mógł trzy razy sprzedać po 2 miliony Euro, musi zobowiązać się do sprzedania po kursie 3,50 48 mln Euro w 12 miesięcznych transakcjach - każda po 4 mln Euro (wybrałem łagodniejszą wersję strategii; są i takie, w których zobowiązanie rozciąga się na 24 miesiące). Zwróćmy uwagę, iż 48 mln Euro, to równowartość 5-letnich przychodów tego eksportera.

Eksporter jednak nie zwraca na to uwagi. Transakcja została zawarta. Dodam jeszcze, iż eksporter taki zwrócił się do brokera walutowego licząc na to, iż transakcję taką przeprowadzi po jeszcze lepszych kursach niż w banku. Niestety gdy okazało się, iż broker wymaga od niego depozytu zabezpieczającego w wysokości 5 mln PLN, eksporter puka się w czoło i idzie do banku, który oferuje taką transakcję "za darmo"!.

Nadchodzi jesień 2008. Tradycyjny sezon słabego Złotego. Jednak tegoroczna korekta dywidendowa jest mocniejsza niż zwykle. Dodatkowym czynnikiem osłabiającym Złotego jest bowiem nie tylko wypłata dywidend dla zagranicznych udziałowców, lecz również zamieszanie na rykach finansowych spowodowane upadkiem banku Lehman Brothers.

Kurs Euro wzrasta w okolice 3,90-4,00. Bank nalicza stratę dla eksportera z otwartych pozycji zabezpieczających. 40 groszy straty na nominale 48 mln Euro, to ponad 19 mln PLN. Eksporter nie ma tylu Euro, aby sprzedać do banku po kursie 3,50. Musi więc co miesiąc rozliczać stratę poprzez różnicę kursu spot i kursu 3,50.

Eksporter wyliczył sobie, iż jeśli w ciągu 4 miesięcy kurs Euro nie spadnie poniżej 3,50, firmie zabraknie kapitał€ na pokrywanie strat. Teraz eksporter nie myśli już o zyskach (2,4 mln PLN zaplanowanych rok wcześniej), nie myśli już nawet o zrównaniu kosztów z przychodami... Teraz eksporter myśli już tylko o tym, aby jego firma nie upadła.

Proszę zwrócić uwagę, iż z małego problemu zrobił się duży problem. Eksporter wpadł z deszczu pod rynnę. A pierwotną przyczyną całego nieszczęścia była pozorna oszczędność - oszczędność jednego grosza przy przeprowadzaniu pierwszego zabezpieczenia.

Dla porównania pozostali eksporterzy, którzy zabezpieczyli swe przychody eksportowe nudnymi i przestarzałymi opcjami waniliowymi (korytarzem 3,74-4,00) przez cały rok 2008 sprzedają Euro po kursie nie niższym niż 3,74 i nie wyższym niż 4,00.

Oczywiście mówię o takich eksporterach, którzy zabezpieczyli się na cały 2008 rok, a nie tylko na połowę roku. Eksporterzy, którym zabezpieczenia skończyły się w połowie roku (w lipcu), musieli sięgać po różne narzędzia, byle tylko nie sprzedawać Euro po kursie 3,20 oraz Dolara po kursie 2,00. Tacy eksporterzy również ponieśli straty na skutek gwałtownego osłabienia Złotego. Jeśli jednak transakcje takie były przeprowadzane z umiarem, po okiem ostrożnego doradcy, straty nie były dotkliwe i nie zagrażały istnieniu firmy.

Ale to już inna historia, o której napiszę następnym razem.

09:27, jacek.maliszewski
Link Komentarze (25) »
piątek, 24 października 2008


Obiecałem się już więcej nie wypowiadać na temat kredytów hipotecznych w walutach obcych. Zaszczuty przez wielu czytelników mojego bloga obiecałem sobie, że więcej na ten temat nie będę pisać, aby nie podgrzewać atmosfery. Niestety to co się obecnie dzieje musze skomentować choćby kilkoma zdaniami.

Właśnie pada mit, iż można mieć coś za pół darmo. Wiele gospodarstw domowych nie było stać na kupno domu i mieszkania za kredyt w Złotych, więc banki sprzedawały tym osobom iluzję możliwości kupna mieszkania na kredyt za połowę ceny - czyli we Franku i w Yenie.

Dziś rynek upomniał się o ten iluzoryczny free lunch. Kurs franka przebił dziś poziom 2,70 za Złotego co oznacza, iż raty kredytu zaciągniętego w walucie szwajcarskiej i w Złotych się zrównały. Niby nic się nie dzieje wobec tego. Lecz posiadacze takich kredytów żyją teraz z duszą na ramieniu. Nie ma bowiem pewności, iż to już koniec osłabiania naszej waluty krajowej.

Banki zaczynają wstrzymywać udzielanie nowych kredytów w walutach, gdyż coraz trudniej jest pożyczyć Franka na rynku, by o następnie sprzedać udzielając klientowi kredytu. Sam jestem tego dowodem. Złożyłem wniosek o przewalutowanie mojego kredytu z PLN na Euro uważając, iż kurs 4 Złote za Euro jest już kursem, przy którym można zaryzykować, jeśli ma się pojęcie o zarządzaniu ryzykiem walutowym. Niestety otrzymałem odmowną odpowiedź.

Tak więc teraz, gdy w mojej ocenie ryzyko dalszego wzrostu kursu Euro jest mniejsze niż 3 miesiące temu, banki uznały, iż jednak jest na odwrót - czyli że w lipcu zaciąganie kredytu po kursie 3,20 nie było ryzykowne, a teraz przy kursie 4,00 ryzykowne jest.

Śmieszą mnie wypowiedzi niektórych doradców kredytowych, którzy bez mrugnięcia powieką mówią klientom: "Proszę się nie martwić o stratę na kredycie. Przecież może Pan w każdym momencie przewalutować swój kredyt na Złote, co zakończy Pana stratę".

Cóż - można i tak.

Mam nadzieję, iż panika nie ogarnie ludzi i nie zaczną masowo przewalutowywać teraz kredytów z CHF i EUR na Złotego, To by dodatkowo osłabiało naszą walutę. Przewalutowanie takie bowiem oznacza konieczność kupna Franków na rynku i sprzedania w to miejsce Złotego.

Mam nadzieję, iż pod koniec roku tradycyjnie Złoty nieco się umocni, co pozwoli wszystkim odetchnąć nieco z ulga. Ale przyszły rok może przynieść nam kolejną falę osłabiania Złotego - tak jak to miało miejsce w roku 2001 i 2002.

Wtedy będzie można na trzeźwo i na spokojnie ocenić, czy mamy juz odwrócenie trendu i Złoty przez kilka lat będzie tracić na wartości, czy też mamy jedynie bardzo silną korektę w trendzie umacniania Złotego.

Coraz bardziej przychylam się ku tezie, iż jednak trend nam się odwrócił, a przyszły rok przyniesie dalszy wzrost kursów walut. Obym się mylił...
12:45, jacek.maliszewski
Link Komentarze (31) »
czwartek, 04 września 2008

Powracam do tematu związanego z kredytami hipotecznymi. W ostatnich tygodniach otrzymałem sporo zapytań od osób, które posiadają kredyt hipoteczny we Franku, od osób, które taki kredyt planują zaciągnąć oraz od osób, które chcą zrealizować zyski (często są to olbrzymie zyski, jeśli kredyt był brany po kursie z okolic 3,00) i przewalutować kredyt na Złote.

Tym, którzy zamierzają wziąć nowy kredyt we Franku powtarzam do znudzenia to samo - "Spokojnie, to jeszcze nie jest super okazja przy której warto by było zaryzykować i wziąć kredyt we Franku". Kredyt trzeba wziąć więc w Złotych i poczekać na lepszą okazje. Co może być tą lepszą okazją? Na przykład 2,30 za Franka? A może wyżej? Na razie za wcześnie by to ustalić.

Tym, którzy już mają kredyt we Franku i boją się, że może odwrócić się trend na Złotym i kurs Franka poszybuje w górę tak jak kurs Dolara odpowiadam - "spokojnie, do odwrócenia trendu droga jeszcze daleka". Nie ma więc potrzeby by w panice przewalutować kredyt na Złote. Ale bezwględnie warto taki kredyt zabezpieczyć opcjami CALL. Myślę, iż dobrym momentem do zabezpieczenia się opcjami będzie grudzień (dobry moment był w lipcu, ale większość jednak przegapiła ten moment ... moment trwający prawie pięć tygodni ...).

Podam przykład. Wyobraźmy sobie, że gdy kurs Franka kosztował 2,00 posiadacz kredytu zabezpieczył sie kupując grudniowe opcje CALL 2,20. Wyobraźmy sobie, iż do końca roku Frank zdrożeje jedynie do 2,20-2,25 by w grudniu ponownie spadać w okolice 2,10. Wtedy rzecz jasna nie ma potrzeby uciekać z kredytu frankowego. Warto jednak powtórzyć czynność i kupić czerwcowe opcje CALL.

Teraz wyobraźmy sobie, iż kurs Franka drożeje do 2,40. Byłby to ewidentny sygnał, że zmienia się trend średnioterminowy, i że w roku 2009 będziemy jeszcze wyżej. W takiej sytuacji należy poczekać do ostatniego dnia ważności opcji, przewalutować wtedy kredyt na PLN i zrealizować zysk z opcji CALL. W efekcie tych transakcji będziemy mieli przewalutowany kredyt po kursie 2,20.

Ale spokojnie. Sądzę, iż w grudniu będzie jeszcze jedna okazja do tego, by zabezpieczyć sie opcjami przy niższym kursie Franka - dzięki czemu opcje będą tańsze. Natomiast przyszły rok to jedna wielka niewiadoma. Możliwe jest zarówno dalsze umacnianie Złotego i spadek kursu Franka poniżej 2,00, jak też odwrócenie trendu i wzrost Franka nawet w okolice 2,50.

Będzie to raj dla spekulantów. Paradoksalnie wszyscy, którzy mają kredyty w obcej walucie są właśnie spekulantami. W każdym razie będzie można albo bardzo dużo zarobić, albo bardzo dużo stracić. Jeśli ktoś lubi podwyższony poziom adrenaliny, będzie miał okazję ...

Wróćmy do spraw bieżących. w czerwcu-sierpniu rekordowa liczba gospodarstw domowych refinansowała swój kredyt hipoteczny przewalutowując się ze Złotego na Franka w poszukiwaniu niższych rat odsetkowych. Można więc śmiało powiedzieć, że znaczna część kredytów hipotecznych we Franku zostało zaciągniętych w samym dołku.

Zobaczymy, jak to się wszystko potoczy. Oby nie powtórzyła się historia sprzed siedmiu lat. Siódemka jest ciekawą liczbą w tym kontekście. Co siedem lat na WGPW notowaliśmy szczyt hossy, po czym przychodziły krachy. Walutowy rynek Złotego ma opóźnienie względem rynku akcji o jakieś 6-12 miesięcy. Jeśli więc bessa na WGPW trwa już ponad rok, Złoty może jeszcze przez wiele miesięcy się osłabiać. Przyszły rok zapowiada się bardzo emocjonująco.

 

16:24, jacek.maliszewski
Link Komentarze (50) »
wtorek, 29 lipca 2008

Postanowiłem kontynuować wątek kredytów hipotecznych. Skala zjawiska związanego z zaciąganiem kredytów hipotecznych w Euro i we Franku przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Jak podały serwisy ekonomiczne (za NBP), wartość udzielonych w czerwcu nowych kredytów hipotecznych to około 4,6 miliarda Złotych, z czego jedynie 10% (czyli 460 milionów Złotych) udzielono w naszej walucie krajowej, a całą resztę - czyli 90% - udzielono w walutach obcych, głównie we Franku.

W swojej wcześniejszej symulacji przyjąłem, iż odsetek kredytów zaciąganych w Euro i we Franku wyniesie "jedynie" 70%. Dziś widzimy, iż mamy do czynienia z prawdziwym pospolitym ruszeniem. W chwili obecnej jedynie "frajerzy" biorą kredyty w Złotych. Znowu posłużę się analogią. W lipcu ubiegłego roku jedynie "frajerzy" sprzedawali akcje na WGPW ;-)

Warto jednak zwrócić uwagę, iż pomimo tej olbrzymiej podaży walut zagranicznych (zaciągnięcie kredytu w walucie powoduje, iż bank udzielający kredytu musi tę walutę sprzedać na rynku, kupić za nią Złotego i wypłacić pożyczkę w Złotych) nie umacnia już Złotego tak jak wcześniej. A to oznacza iż przynajmniej część bardziej agresywnego kapitału spekulacyjnego zaczęła realizować zyski odkupując waluty i sprzedając Złotego.

Można by wobec tego powiedzieć, iż są to "frajerzy". Dziś, kiedy nawet importerzy spekulacyjnie sprzedają walutę (zamiast zabezpieczać się przed ryzykiem wzrostu kursu waluty za pomocą opcji CALL), staja oni po przeciwnej stronie.

Zobaczymy jak to się wszystko potoczy. Być może zanim doczekamy się wielkiego łubu-du (na przykład 70 groszowego wzrostu kursu Euro), zobaczymy jeszcze bardziej abstrakcyjne poziomy notowań - na przykład 3 Złote za Euro.

Nie zmienia to mojego poglądu, iż zaciąganie kredytu w walucie obcej w "przededniu" takiej korekty może być bardzo nieprzyjemne dla psychiki właściciela nowego mieszkania czy domu.

Co ciekawe, gdy jeden z moich znajomych zapytał w banku o kredyt hipoteczny w Yenie usłyszał, iż jest to BARDZO RYZYKOWNE! Ciewaky jestem dlaczego wzięcie kredytu w Yenie oprocentowanym na 0,7% plus marża jest tak bardzo ryzykowne, podczas gdy zaciąganie kredytu we Franku oprocentowanego 2,7% plus marża ryzykowne nie jest WCALE! Pozostanie to słodką tajemnicą doradców kredytowych...

12:02, jacek.maliszewski
Link Komentarze (54) »
środa, 16 lipca 2008

Współpracuję na co dzień z wieloma eksporterami. Wszyscy dookoła, są przygaszeni. Tak nachalnej spekulacji nie widziałem od wielu lat. Banki bez skrupułów wydzwaniają do swoich klientów kredytów hipotecznych i namawiają na przewalutowanie kredytu ze złotówkowego na Franka. Wczoraj w TVN CNBC całą godzinę trwała kampania informacyjna na ten temat. Cały naród ruszył więc do sprzedawania Franka. Może być tego nawet 20-30 miliardów Franków, czyli w przeliczeniu na Euro jakieś 12-18 miliardów Euro. I rynek musi to wchłonąć w kilka miesięcy.


Na dokładkę zleciał się do naszego kraju gorący kapitał spekulacyjny, który podpiął sie pod to i dusi rynek na potęgę. Co ciekawe ten kapitał zagraniczny nie kupuje ani akcji ani obligacji ani nieruchomości, bo to aktywa mniej płynne. A ten kapital chce mieć możliwość wycofania się w ciągu jednego dnia. Dlatego zamieniają waluty na Złote i trzymają wszystko w bankach na lokatach O/N.


I tak to wszystko jakoś się kręci ku uciesze Rady Polityki Pieniężnej, która dzięki umacnianiu się Złotego może pochwalić się przed resztą Europy niższą inflacją niż w innych krajach.
To szaleństwo skończy się któregoś dnia z hukiem podobnie jak rok temu z hukiem skończyło się szaleństwo na WGPW. Co ciekawe rok temu w ten sam sposób pracownicy banków obdzwaniali klientów namawiając ich by zamiast utrzymywać gotówkę na lokatach, przerzucili kapitał do jednostek uczestnictwa w funduszach. Dziś pracownicy tych samych banków bez zmrużenia oka obdzwaniają klientów, by przewalutowali kredyt na Franka, wskazując same pozytywy takiej operacji.


W 2001 roku od stycznia do czerwca trwała podobna kampania informacyjna. Wtedy stopy procentowe szły w Polsce w górę, podczas gdy w strefie Euro utrzymywały się na stabilnym poziomie z lekką tendencją do spadku. W czerwcu 2001 wiele gospodarstw domowych zaciągnęło nowy kredyt lub też przewalutowało stary kredyt ze złotówek na Euro niemal w samym dołku notowań 3,34-3,35. Jeśli dodatkowo wziąć pod uwagę, że kurs po jakim zaciąga się kredy (kurs sprzedaży) był o około 15 groszy niższy niż kurs z rynku międzybankowego, to wiele gospodarstw domowych zaciągnęło taki kredyt po kursie 3,20-3,21. Właśnie zbliżamy się do tych poziomów. Jeśli kredytobiorca wytrzymał do tego czasu (wielu w panice przewalutowało się na powrót do Złotego gdy kurs Euro zbliżał się w w lutym 2004 do poziomu 5,00), to lada chwila odrobi straty na kapitale!


Pisze to ku przestrodze tym, którzy zapewne lada dzień odbiorą telefon od pracownika banku, który miłym głosem będzie zachęcał do operacji przewalutowania kredytu na Franka po kursie 1,90. Oby historia drugi raz się nie powtórzyła.

18:12, jacek.maliszewski , Komentarze
Link Komentarze (20) »
1 , 2 , 3 , 4